Historia walecznego borsuka Karolka


Waleczny Karolek

Z licznym ranami szarpanymi borsuk trafił do zbawiennej lecznicy Ada w Przemyślu. Natychmiast został „ochrzczony” i przybrał imię Karolek, bo jak twierdzą pracownicy nazwane zwierzęta szybciej powracają do zdrowia.
Historia Karolka jest zadziwiająca. Borsuki nie zapadają w sen zimowy, tylko w śpiączkę, która jest przerywana cieplejszymi dniami odwilży. Kiedy styczniowej nocy wyszedł z nory by zaspokoić pragnienie, dopadły go bezpańskie psy i dotkliwie pogryzły. Borsuk należy do bardzo silnych, mocnych jak również i walecznych zwierząt. W trakcie ataku stroszy swą sierść przez co staje się dwukrotnie większy. W tym przypadku nie miał szans. Jedynie zdołał wyrwać się spod kłów swoich oprawców. Uciekając w popłochu wpadł do kanału pod potężnymi silosami w gospodarstwie rolnika ze Stubna pod Przemyślem. Nie mógł się stamtąd samodzielnie wydostać, gdyż kanał miał półtora metra wysokości, ale tylko dzięki tej ucieczce uszedł z życiem. Nocną szamotaninę usłyszał gospodarz i wybiegł na pomoc. Pojękiwania Karolka zaprowadziły go do borsuczej pułapki. Roztropny gospodarz na szczęście nie podjął się samodzielnego wyciągania ofiary. Miał świadomość, że ranny i rozwścieczony borsuk znany jest ze swojej waleczności. W obronie własnej może dotkliwie poranić. Może być też nosicielem chorób zakaźnych jak np. wścieklizny. Użyczając schronienia, rzucił mu siano i pożywienie, a wczesnym rankiem zawiadomił niezawodny w takich sytuacjach Ośrodek Zwierząt Chronionych w Przemyślu.
Konieczne było znieczulenie borsuka mówi lekarz weterynarii, a zarazem wiceprezes ośrodka dr Jakub Kotowicz. Była to dosyć bliska odległość, więc obyło się bez pneumatycznej strzelby. Zastosowaliśmy dmuchawkę. Siłą płuc wystrzeliliśmy rakietkę z środkiem usypiającym. Jest to zarówno dla lekarza jak i zwierzęcia najbezpieczniejsza forma interwencji. Zwierzak bezpiecznie wchodzi w sen narkotyczny na godzinkę. Nie odczuwa bólu i stresu.
Po 10 minutach , kiedy borsuk smacznie spał weterynarze mogli wejść do betonowego dołu i spokojnie wyciągnąć borsuka. Natychmiast opatrzyli rany i przetransportowali do rehabilitacyjnego ośrodka.
Mamy opracowane procedury przy takich zdarzeniach mówi dr Jakub Kotowicz Pobieramy krew i dokonujemy całościowej diagnostyki obrazowej. Wówczas mamy pełny stan kliniczny zwierzęcia. Borsuk miał rozległą ranę szarpaną w okolicy lewego pośladka, którą dokładnie oczyściliśmy i opracowaliśmy chirurgicznie.
Gdyby nie fachowa interwencja zarówno ze strony gospodarza jak i zawsze oddanych lekarzy z Przemyśla, Karolka czekałaby śmierć.
Kiedy zatem Karolek powróci do swojej borsuczej rodzinki , bo jak wiemy te zwierzęta najczęściej żyją stadnie, czasami po dwie trzy rodziny w jednym podziemnym labiryncie?
Rany muszą się goić pod naszą kontrolą, mówi dr Jakub Kotowicz, Karolek ma ustawioną dietę, która jest dostosowana pod względem odżywczym jak i rehabilitacyjnym. Dostaje odpowiednio zbilansowane energetycznie dawki. Dbamy najlepiej jak tylko potrafimy. Obecnie już nie ma zagrożenia życia , ale wypuszczenie borsuka tej zimy jest niemożliwe. On nie ma tylu zapasów energetycznych, aby ponownie zapaść w tzw. hibernację. Kiedy tylko zagoi się rana, a jego towarzysze będą się budzić ze snu, Karolek z początkiem wiosny powróci do swojego rodzinnego środowiska.
Historia jak jedna z wielu. Dotyczy wszystkich dzikich zwierząt które trafiają do przemyskiego ośrodka. Jego praca ma na celu zmaksymalizowanie szans zwierząt, aby z powrotem wracały do naturalnego środowiska .

I państwo możecie zapytać o zdrowie Karolka . Na portalu społecznościowym jest profil, na którym pracownicy ośrodka chętnie odpowiedzą na Państwa pytania.
Można też wspomóc wszystkie chore zwierzęta przekazując 1% podatku na cele Ośrodka. Jak dowiedziałam się, praktyka pomocy i rehabilitacji zwierząt chronionych prowadzona jest społecznie za co Was panowie Doktorzy bardzo kochamy.

W rytmie serca

Zadzwonił telefon.

– Słucham.

– Profesor Sebastian Stec.   Pani Inko czy mogłaby Pani przyjechać do Centrum Interwencji Naczynowo-Sercowej w Sanoku  i porobić kilka zdjęć w  trakcie zabiegów ablacji?. Mamy delegację  z zagranicy i będziemy wprowadzać nowoczesne mapowanie serca w trakcie zabiegu ablacji.  Mocniej zabiło mi serce. O tym  nie mogłabym nawet zamarzyć. Co za wyzwanie, a jednocześnie  wyróżnienie!!!.

-Oczywiście Panie profesorze, z przyjemnością.

Przyjazne przywitanie z ekipą  lekarsko-inżynieryjną i  z drżącymi rękami pierwsze uwalnianie migawki.  Aby wyszło!!!. Aby nie zawieść zaufania profesora!!!. Ale profesor swoją bezpośredniością i  rozbrajającym uśmiechem dodawał otuchy. Szybko zaistniała przyjazna atmosfera. Spokojnie bez napięcia mogłam się oddać niezwykle interesującemu zadaniu.  Myślę,  że się udało i nie zawiodłam oczekiwań profesora.   W efekcie powstało masę zdjęć  do ewentualnych publikacji i  dwia materiały do Gazety Sanockiej i Bieszczadzkiej.  Sami zobaczcie .

W rytmie serca

Wielkim wydarzeniem stała się październikowa sesja zabiegów ablacyjnych w Podkarpackim Centrum Interwencji Sercowo-Naczyniowych w Sanoku.

Pod kierunkiem prof. Sebastiana Steca* w asyście niemiecko- holenderskiej ekipy lekarzy i inżynierów/ Manferda Piechury i Viktora Tona z niemieckiej firmy EPMAP oraz Sanjeeva Choundharya z funduszu badawczo- rozwojowego MediAlfa /do zabiegów ablacyjnych wprowadzono system zintegrowanego mapowania i stymulacji serca posiadający wiele unowocześnień. Podczas zabiegów ablacji, profesor wraz z ekspertem z Brazylii dr Thiago Osorio analizowali właściwości systemu przydatne w badaniu unerwienia mięśnia serca.

System ten będzie nadal rozwijany przy udziale naukowców i inżynierów z Polski z możliwością tworzenia hologramów – obrazów serca we mgle. mówi prof. Sebastian Stec– Obecnie tworzymy kilka startupów na Podkarpaciu w celu wprowadzania myśli i patentów technologicznych do nowoczesnych systemów mapowania i ablacji. Planujemy w najbliższym czasie wprowadzić kilka badań naukowych nad polskimi elektrodami i systemem do mapowania (lokalizacji i wizualizacji na ekranie komputera) nie tylko anatomii serca, elektrycznych pobudzeń serca, ale również obszarów unerwienia. Jest to unikalne rozwiązanie pozwalające na wykonanie ablacji – odcięcia patologicznego unerwienia w mięśniu serca, które powoduje nagłe przerwy w pracy serca i naraża chorego na jego zatrzymanie iomdlenie.

Dla takich, często młodych chorych, nie ma odpowiednich rozwiązań, a wszczepienie stymulatora serca, który leczy tylko objawy, a nie przyczynę omdleń, jest ostatecznością. . Ma to niebagatelne znaczenie dla Podkarpackiego Centrum Interwencji Sercowo-Naczyniowych w Sanoku i społeczności Podkarpacia.

PCIS-N powstało ponad 10 lat temu z inicjatywy interwencyjnych kardiologów grupy Carint na zapotrzebowanie mieszkańców dużego terenu w celu ratowania pacjentów z zawałem serca oraz leczenia zaburzeń jego rytmu.

W centrum konsultacje prowadzi i zabiegi wykonuje 4 samodzielnych pracowników naukowych, kilkunastu samodzielnych kardiologów i elektrokardiologów. Zabiegi ablacji są tutaj wykonywane od ponad 5 lat pod kierunkiem prof. Sebastiana Steca, który pracuje w grupie zaangażowanych i doświadczonych specjalistów z zakresu ablacji, informatyki, inżynierii medycznej, ratownictwa medycznego i pielęgniarstwa.

W roku 2018 profesor jako jeden z pierwszych w Polsce i w Europie Środkowej rozpoczął zabiegi z kardioneuroablacji, czyli leczenia nieprawidłowego unerwienia serca i odruchów ze wsparciem eksperta dr Thiago Osorio.

Wykonujemy, około 150 zabiegów ablacji rocznie – mówi prof. Stec – i około 1000 konsultacji chorych z Sanoka, Brzozowa, Rymanowa, Ustrzyk Dolnych, właściwie z całego Podkarpacia i innych regionów kraju. Wiemy, że dla wielu pacjentów ta dostępność do najnowocześniejszych zabiegów leczenia zaburzeń rytmu serca jest prawdziwym ratunkiem życia i jego jakości. Wykonujemy zabiegi pełnoprofilowe, a wybranych chorych kwalifikujemy do zabiegów kardiochirurgicznych i interwencyjnych poza Sanokiem.

Od ponad roku centrum dysponuje nowoczesną salą zabiegową dla pełnoprofilowych zabiegów elektrofizjologicznych, interwencyjnego leczenia zaburzeń rytmu serca. Od kilku lat prowadzone są innowacyjne zabiegi z ograniczeniem lub całkowitym wyeliminowaniem promieniowania rentgenowskiego.

Wykonujemy zabiegi pełnoprofilowe… mówi profesor …i niekiedy unikalne w skali kraju i świata. We współpracy z Centrum Badawczo-Rozwojowym Medinice z Centrum Aeropolis z Jasionki w Rzeszowie organizujemy badania nad wprowadzeniem w roku 2019 kilku nowych metod diagnostyki i leczenia arytmii.

Praca i plany centrum są imponujące. PCIS-N w Sanoku jest bardzo bliskie sercu profesora. Można powiedzieć, iż pełni funkcję jego ambasadora. Zastanawiam się, dlaczego akurat wybrał Pan Sanok?… Przecież nawet tu nie mieszka.

Dlaczego SANOK? mówi prof. Sebastian Stecdlatego, że w nazwie miasta mieści się cel zabiegów podtrzymania prawidłowej funkcji węzła zatokowego (Sino-Atrial-Node -O-K) :-). Chcieliśmy, aby funkcja własnego rozrusznika serca węzła zatokowego była prawidłowa u chorych i nie była blokowana przez arytmię serca i nieprawidłowe odruchy nerwowe. SANOK oznacza więc prawidłowy rytm serca. To wspaniała nazwa dla prowadzenia ośrodka leczącego nieprawidłowy rytm serca.

Trzeba powiedzieć, że Sanok to nie tylko dla profesora prawidłowy rytm serca, to także miłość do tych stron.

W okolicznych Górach Słonnych uwielbiam przebywać … mówi prof. Stec Dzień przed zabiegami mieliśmy okazję pokazać naszym gościom okoliczną piękną, sanocką jesień, a wieczorem wsłuchiwaliśmy się w odgłosy stada wilków przy pełni Księżyca. To w tych górach często biegam, spaceruję. Ostatnio w czasie maratonu Łemkowyna na 48 km. 

Żeby zrozumieć arytmię, która jak mówi profesor jest chaosem w rytmie serca polecamy Jego publikację „Zaburzenia rytmu serca” o objawach i leczeniu arytmii. Chorzy dowiedzą się, jak nietypowe objawy mogą u nich występować oraz jak trudne bywają w leczeniu i diagnozowaniu. Wielokrotnie dla chorych po zatrzymaniach krążenia trzeba szukać nowych rozwiązań i indywidualnych terapii. 

Pacjenci wyrazili zgodę na publikowanie ich wizerunku.

Inka Wieczeńska

*Sebastan Stec-  doktor habilitowany nauk medycznych, kardiolog, specjalista chorób wewnętrznych, samodzielny ekspert elektrofizjologii ablacyjnej. Były profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Rzeszowskiego. Były asystent naukowo-dydaktyczny w Klinice Kardiologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, Fellow of European Society of Cardiology. Dyrektor medyczny Centrum Naukowo-Badawczego Medinice S.A., Funduszu wynalazków Medi-Alfa, Aeropolis-Jasionka, Rzeszów. Autor kilku patentów medycznych. Absolwent II Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kilkukrotny uczestnik festiwalu biegowego Łemkowyna oraz miłośnik przyrody Gór Słonnych, Beskidów i Bieszczadów

Jestem błaznem życiowym rozmowa z Krystyną Sienkiewicz

Krysię wspominam z wielkim sentymentem. To była niezwykła kobieta pełna temperamentu i pomimo że los jej nie szczędził , tryskała humorem na przekór swoim przeciwnością losu. Była rozbrajająca. Pamiętam taka anegdotę.   Kilka lat temu przyjechałam do Krysi na wywiad, ale jeszcze przed nim miałyśmy pojechać do teatru gdzie Krysia miała recital. Było bardzo późno, a my jechałyśmy prawie na styk. W pewnym momencie drogą przebiegł nam czarny kot. „Stój” krzyczy Krysia, musimy kogoś pierwszego przepuścić ”. Kryśieńko, możemy nie zdążyć, wtrącam. Na co artystka spokojnie „Czarny kot to większe nieszczęście niż nasze spóźnienie. Poczekają”. Wreszcie przejechało auto. Ruszyłyśmy. Gnam jak się tylko da, aż Krysia mnie powstrzymuje. Wpadliśmy do teatru. Krysia do garderoby, ja na widownię. Sala pęka w szwach. Siedzę na jakiejś dostawce i myślę. Przesąd bardzo znany, ale żeby tak przesadzać….Burza oklasków i Krysia na estradzie…………. Od tego czasu nigdy nie przejadę pierwsza po przejściu kota. Stoję i każdorazowo z wielka sympatią wspominam Krysię. Ech to była aktorka……..

Zapraszam do lektury „Jestem błaznem życiowym http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/451.html

Jestem błaznem życiowym z Krystyną Sienkiewicz rozmawia Inka Wieczeńska

Grałam rolę w farsie „Czego nie widać”. Byłam piękną panią. Miałam piękne loczki na głowie, przyklejone rzęsy. Byłam w atłasowym kostiumie na wielkich szpilach. Pamiętam – dostałam parę półmisków róż i kiedy je wniosłam do samochodu, spruł mi się wzrok. Na drugi dzień byłam pacjentką kliniki okulistycznej i czekałam pokornie, żeby mnie torturowano – wspomina znana aktorka Krystyna Sienkiewicz

Inka Wieczeńska: – Miała Pani smutne dzieciństwo, a jednak łatwo Pani o nim wspomina.

Krystyna Sienkiewicz: – To było raczej bachorstwo. Łatwo o nim mówię, gdyż choruję na nieuleczalne dzieciństwo. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie lalki podobne do moich z dzieciństwa odkupiłam w wieku dojrzałym. Moje gałgankowe lalki zginęły w 1944 r, kiedy biegałam z nimi do schronu.

– Jest pani typowym dzieckiem wojny?

– Rodziców zamordowali Niemcy. Po wojnie odnalazła nas, sieroty (mnie i brata Rysia, ojca Kuby Sienkiewicza z Elektrycznych Gitar), stryjeczna siostra ojca. Nie wychowywaliśmy się razem. Ciotka zabrała mnie do Szczytna, a Rysio został w łódzkim sierocińcu. Bardzo za nim tęskniłam. W Szczytnie poszłam do szkoły. Kulą u nogi była dla mnie matematyka, chociaż już jako 4-letnia dziewczynka umiałam czytać i pisać. Nie miałam umysłu ścisłego.

– Brat Ryszard twierdził, że byłaby Pani dobrą matematyczką, tylko trzeba się bardziej skupić.

– Ale skąd w ogóle znaleźć skupienie u kobiety? Kobieta nie wie, co to skupienie (śmiech). Chciałam uciec od matematyki i być w pobliżu brata. Marzyła mi się  tak szkoła, aby matematyka nie straszyła mnie po nocach.

– No i co, udało się?

– Tak, do Szczytna przyjechał po mnie wychowawca Rysia z sierocińca. Pan Władysław Bierencwajg był opiekunem Rysia, a zarazem kierownikiem sierocińca w Aleksandrowie pod Łodzią. Zamieszkałam więc wraz z bratem w sierocińcu.

Pan Bierencwajg wyrzucił wszystkie moje czarowne książki o księżniczkach. Musiałam się przerzucić na ekonomię Shaffa, a potem już przeczytać filozofów: Russela, Huxleya. Nic z tego nie rozumiałam. To był taki szybki dziecięcy uniwersytet. Zaczęłam bardzo szybko dorastać umysłowo. Dzięki panu Bierencwajgowi ukończyłam Liceum Plastyczne i otrzymałam dyplom przodownika pracy i nauki. Na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie dostałam się bez egzaminów. Mam więc za sobą 8 lat edukacji plastycznej, którą zdradziłam… dla aktorstwa.

– Już będąc na studiach plastycznych grała pani w Studenckim Teatrze Satyryków?

– Całkiem przypadkiem. Jedna z moich koleżanek plastyczek zachorowała i dostałam propozycję, aby ją zastąpić. Miałam wielką tremę. Potykałam się o wszystkie dekoracje. Nie mogłam być dobra. Nie wiem, czy się podobałam, czy byłam piękna. Krzysztof T. Toeplitz napisał recenzję „różowe zjawisko STS-u…”. Byłam więc studenckim zjawiskiem (śmiech).

– A jednak trafiła pani do zawodowego teatru?

– Agnieszka Osiecka dostała z Teatru Ateneum propozycję napisania wodewilu. Postawiła jednak warunek. „Napisze, jeżeli pan dyrektor przystanie na rolę traktorzystki dla mojej koleżanki, Krysi Sienkiewicz…” Zapewniała go, że jestem wymarzona do tej roli. Pan Janusz Warmiński zgodził się. I tak dostałam się do zawodowego teatru. Za tę rolę miałam nawet dostać nagrodę…

– Ale nie dostała Pani jej ?

– Nie. Miałam dostać nagrodę w postaci dwóch tygodni pobytu w warszawskim hotelu „Dom Chłopa”. Jednak jury doszło do wniosku, że jeśli mieszkam w Warszawie, to taka nagroda nie będzie żadną atrakcją. Nagrodę dostała zupełnie nieznana aktorka.

– Przeszła pani przez wiele teatrów, począwszy od Ateneum, przez Teatr Polski, Syrenę. Dużo występowała pani w kabaretach. Przytoczę choćby te najbardziej znane: Kabaret Starszych Panów, Właśnie Leci Kabarecik czy Pod Egidą. Która z tych form scenicznych najbardziej pani odpowiada?

– Każda aktorka powie, że teatr. Można się szwendać po całym świecie, dziwolążyć, ale teatr jest najważniejszym miejscem. Teatr jest świątynią, naszą odnową. Jest takim prysznicem, największym nauczycielem. Dzisiaj mnie nie stać, abym grała w teatrze. Życie mnie zmusiło do zarabiania szybkich pieniędzy. Nie jestem tak majętna, aby pokornie przyjeżdżać miesiącami na próbę. Teatr nie płaci pieniędzy, jest za darmochę. Szybkie pieniądze to estrada. Bynajmniej jednak nie upokarza mnie ta forma. Kocham estradę. Na szczęście jestem lubiana (śmiech).

– Tak sławne nazwisko polskiego wieszcza zobowiązuje panią do pisania…

– Bardzo lubię pisać. Będąc taką zaganianą babą lubię wejść do kąta i napisać coś kulawego. Jakiś wierszyk, nowelę, takie krótkie formy. Są one trudne, ale lubię brać byka za rogi i te trudne formy monologować, a w ten sposób się  wyciszać.

– Pani nowele świetnie się czyta.

– To taki przytulny styl (śmiech). „Haftowane gałgany” miały być książką roku. Wydawnictwo bardzo się do tego przygotowywało, ale trafiłam na nieciekawy okres dla artystów. Okres bezkrwawej rewolucji, kiedy padał socjalizm. My, aktorzy, bojkotowaliśmy „środki musowego przekazu” (wtedy tak to się nazywało). Tak mnie ukarano, że książka wyszła, ale cichutko jako książeczka dla dzieci.

– Straszna szkoda, bo to naprawdę dobra książka i to nie tylko dla dzieci. Ilustracje do tej książki wyhaftowała Pani własnoręcznie?

– Tak, wszystkie wiszą jako obrazy w moim domu. Jeden tylko sprzedałam z biedy jakiemuś Amerykaninowi. Drugi zbiorek to opowiadania „Zgadnij, z kim leżę”. Zahacza jedną ręką o mój domek na Płatniczej i o to moje szwendalstwo, takie niecodzienne codzienności. Są także refleksje z życia ślepej Krysi.

– Dużo pani malowała. Profesorowie przepowiadali, że będzie pani wielką artystką.

– (Śmiech) Miałam swój określony świat. Malowałam wdowy, po których można było poznać, jakie stanowisko piastował mąż. Wdowa po Ważnie była czerwona, w loczki pierzaste. Wdowa po generale miała pas z podwiązkami, przy których były przyczepione medale męża. Były różne wdowy. Fascynował mnie też świat staruszków, ich zdziecinnienie, łagodność, jaką łapią przechodząc ze swoim życiem na „drugą stronę rzeki”. Kiedy oślepłam, robię pierroty. Są bardzo kiczowate. Lepię również anioły i oklejam roślinami. Formy są okropne, gdyż to robi taka ślepa baba, która wszystko widzi (śmiech).

– Utraciła pani 85 proc. wzroku. Nie tylko nie przerwała pani pracy w zawodzie aktora, ale wykonuje pani jeszcze bardzo precyzyjne prace plastyczne?

– Ale ja mam trzecie oko, czyli intuicję. Jestem strasznie uparta. Chcę pokazać światu, że ślepy może mówić o kolorach.

– Jak to się stało: podobno z dnia na dzień straciła pani wzrok?

– Grałam rolę w farsie „Czego nie widać”. Byłam piękną panią. Miałam piękne loczki na głowie, przyklejone rzęsy. Byłam w atłasowym kostiumie na wielkich szpilach. Pamiętam – dostałam parę półmisków róż i kiedy je wniosłam do samochodu, spruł mi się wzrok. Na drugi dzień byłam pacjentką kliniki okulistycznej i czekałam pokornie, żeby mnie torturowano. Wydawało mi się, że nie umiem okazać pokory. Nauczyłam się jej w parę godzin.

– Jak Pani to przeżyła? Utrata wzroku musiała być prawdziwym dramatem…

– Nie, to nie był dramat, to było potknięcie. Wpadłam w dołek. Teraz umiem przeskakiwać dołki, a nawet je zasypywać. Był czas, kiedy chciałam przejść na „drugą stronę rzeki”. Zaczęłam nawet tak buńczucznie żyć, ale ukończyłam kurs Silvy (kurs doskonalenia umysłu) i nauczyłam się pomagać sobie. A tak naprawdę trochę mnie opancerzył i zrobił ze mnie kolczastego jeża Tomasz Szwed (piosenkarz country – przyp. I.W.) – swoją energią i masażami. On stosuje metodę Shiatsu.

– Mówi Pani, że na naszej planecie nie można rozprostować skrzydeł, że wszystko wokół to piekło. Dlaczego?

– Piekło stworzyli ludzie wojnami, nieposzanowaniem bliźniego. Przykładów piekielnych jest dużo w każdym dzienniku. 11 września, kiedy bin Laden zaatakował World Trade Center, wydawało mi się, że tam poległam. Nie lubię zbiorowych mogił. To było tak okrutne, tak mnie raniło, że przestałam oglądać telewizję. Podobnie z Titanikiem. Nie słucham piosenek o Titaniku. Nie byłam nawet na filmie. Wierzę, że ja tam utonęłam. Dlatego też, gdy jest coś tak strasznego, to staram się tę promienną Krysię ochronić.

– Jest to społeczne piekło, nie powinno Pani aż tak dotykać…

– Musi mnie dotykać. Jeżeli jesteśmy zatopieni w gównie, to przesiąkamy nim, wszyscy się babrzemy.

– Dlatego mówi Pani o swoim życiu, że jest to jezioro pełne łez?

– Tak mówię, ale muszę dodać, że po moim jeziorze pływają łabędzie i nad jeziorem siedzą pierroty, kolombiny i ludzie teatralni w maskach.

– To było bardzo burzliwe życie. Było w nim i szczęście, i smutek.

– Zawsze w kieszeni mamy trochę soli i cukru, czyli gorzkich migdałów i słodkich rodzynek.

– Czego Krystyna Sienkiewicz ma więcej?

– Z tym jest różnie. Staram się, by życie było zależne ode mnie. Reżyseruję je i dyrektoruję mu.

– Czyli jest dużo słodkich rodzynek?

– (Śmiech) Ale jak los zaczyna panować nad nami, jest dużo gorzkich migdałów.

– Czy można powiedzieć, że Krystyna Sienkiewicz jest spełniona i szczęśliwa?

– Nie, nie jestem szczęśliwa. Dużo rozprawiałam na temat szczęścia. To uczucie jest bardzo subiektywne. Dla rolnika szczęściem będzie, że pada deszcz, a dla nas nie, bo nie wzięłyśmy w „podróż życiową” parasolki. Mamy wypadek, tracimy jedną rękę i mówimy, jakie to szczęście, że nie dwie. Czyli szczęście to jest mniejsze zło.

– Patrząc na Panią ma się wrażenie, że jest pani szczęśliwa.

– Nie. Krysia Sienkiewicz jest wesoła, ale to nie znaczy, że jest szczęśliwa. Można mieć smutne oczy i się śmiać. Ja jestem błaznem życiowym.

 

aDSC00094 DSC00103 DSC00104 DSC00129

 

Konkurs Fotografa Roku 2016

W mieniony piątek w Janowie Lubelskim w  Ośrodku Edukacji Ekologicznej
LASY JANOWSKIE  ogłoszono wyniki w konkursie na Fotografa Roku Związku Polskich Fotografów Przyrody  Okręgu Rostoczańsko Podkarpackiego.  Odbył się też  uroczysty wernisaż wystawy naszego okręgu gdzie prezentowano nagrodzone prace z ostatnich trzech lat.  Fotografem Roku został kolega Marcin Lenart za pracę Baba- jaga na miotle. Poniżej nagrodzone prace.

Podniebne tarasy I miejsce w kategori Kształt i Forma

 

 

 

 

 

 

„Podniebne tarasy” I miejsce w kategorii
Kształt i forma ORP ZPFP 2016

 

Akwarele II miejsce Impresje

 

 

 

 

 

 

 

„Akwarele” II miejsce w kategorii Impresje ORP ZPFP 2016

 

Do nieba III miejsce Krajobraz

 

 

 

 

 

 

 

„Do nieba” III miejsce w kategorii Krajobraz ORP ZPFP 2016

 

Bliżej cywilizacji -wyróżnienie Swiat w naszych rękach

 

 

 

 

 

 

 

” Bliżej cywilizacji” wyróżnienie w kategorii Świat w naszych rękach ORP ZPFP 2016

Żołnierz wyklęty

Jerzy Janusz Miklewski Zołnierz wyklety

Jerzy Janusz Miklewski ps. „Zawisza” / ur. 28.08.1925, zm. 21.02.2015/ Żołnierz niezłomny.
Niestety nie doczekał pełnej rehabilitacji, o którą całe życie walczył, torując drogę do niepodległości Polski . Odszedł w lutym ubiegłego roku. Syn rotmistrza Bohdana Miklewskiego, ps.” Kmicic”, oficera XII Pułku Ułanów Podolskich, wielokrotnego medalisty przedwojennych wyścigów konnych. Gen. Anders powierzył mu swoja stajnię, aby trenował jego konie. W czasie wojny był dowódcą garnizonu Narodowych Sił Zbrojnych w Częstochowie . Ciężko raniony w akcji na niemiecką ciężarówkę, a następnie pobity przez polskiego policjanta na służbie okupanta, zmarł.
Syn jego Jerzy Janusz Miklewski, wychowywany w duchu patriotycznym, bez porozumienia z rodzicami podjął decyzję o wstąpieniu do NSZ. Nie wiedział, że jego ojciec jest tam komendantem. Spotkali się, kiedy Janusz siedział na kursach podchorążych. Uczestniczył w konspiracyjnych akcjach zbrojnych przeciwko hitlerowskim najeźdźcom. Po „oswobodzeniu” Częstochowy przez wojska radzieckie zgłosił się na ochotnika do Ludowego Wojska Polskiego w celu kontynuacji walki z niemieckim okupantem. Został aresztowany i za działalność w NSZ skazany na 7 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych. Wyrok odsiadywał we Wronkach koło Poznania, w jednym z najcięższych politycznych więzień w Polsce. Po dwóch latach objęła go amnestia. Nadal stale inwigilowany i prześladowany nazywany  „wrogiem ludu”. Z taką opinią trudno było mu podjąć jakąkolwiek pracę. Wyjechał w Bieszczady, chcąc zostać drwalem, ale nawet i tej pracy nie udało mu się zdobyć. Pomimo ciężkich warunków materialnych, na utrzymaniu miał rodzinę z trójką dzieci, nigdy się nie złamał. Nie skorzystał z wielu kuszących, ale niegodnych propozycji władzy. Nie podał się do końca swego życia. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał BÓGA, HONOR i OJCZYZNĘ. Tatusiu jestem z Ciebie dumna. Dzisiaj doczekałeś się czasów, aby wreszcie nazwać Cię BOHATEREM NARODOWYM. Możesz spoczywać w pokoju.