Rondo Dziadka Rtm. Bohdana Miklewskiego

Hrabia Tyszkiewicz z rotmistrzem Bohdanem Miklewskim.Gen. Tokarzewski wręcza puchar rotmistrzowi Bohdanowi Miklewskiemu.

Rtm. bohdan Miklewski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Częstochowie otworzono rondo im rtm. Bohdana Miklewskiego naszego dziadka, przedwojennego medalistę torów wyścigowych, oficera XII pułku ułanów podolskich i komendanta NSZ Częstochowy. Chętnych do zapoznania się z jego sylwetka zapraszam do przeczytania tekstu.

Rtm. Bohdan Miklewski

Urodził się w 1898 r na Podolu w majatku Henryki i Józefa Miklewskich. Ojciec Bohdana pełnił funkcję zarządcy magnackiej posiadłości Łuczyn na Podolu koło Winnicy. Zakochała się w nim Henryka Miaskowska córka hr. Franciszka Miaskowskiego herbu Bończa i matki hr. Marii Chołoniewskiej herbu Korczak. Wbrew woli rodziców poślubiła Józefa Miklewskiego. Otrzymali w darze mały majateczek na Podolu. Z wielkiej miłości na świat przyszło dwoje dzieci, Emilia/1893/ i Bohdan/1898/ .

W niewielkim majątku ojciec Bohdana samodzielnie zarządzał swoją posiadłością zatrudniając okolicznych ukraińskich chłopów. Lubił też polować. Żona często złościła się, kiedy widziała martwe bażanty i inne ptactwo. Teściowa hr.Henryka Miaskowska często przyjeźdzała do majatku, aby uczyć wnuka jeździć konno.

Kiedy Bohdan miał 5 lat, a siostra Emilka 10 wydarzył się tragiczny wypadek. Trwały żniwa. Ojciec Bohdana przyglądał się załadunkowi zboża na furmanki. Nagle nadciągnęła burza. Trzeba było szybko zbierać płody. Złapał za wór i pod jego ciężarem upadł. Pękła przepuklina. W drodze do szpitala zmarł mając 44lata. Osierocił Bohdana i jego siostrę Emilię. Henryka Miklewska wraz z dziećmi Emilką i Bohadanem, powróciła do dworu Łuczyn. Emilia uczęszczała do francuskiego gimnazjum Sacre Cair w Kijowie, a Bohdan uczył się w szkole kadetów. W wakacje stale jeździł konno.

Spokojnie było do momentu najazdu bolszewików. Kiedy w1917 wybuchła Rewolucja Październikowa 1917 anarchista Nestor Machno z bandą ukraińców chcieli wymordować rodzinę Bohdana. Ukraińscy chłopi nie dopuścili do tego. Pomogli uciec do Kijowa, gdzie Miaskowscy mieli swoje domy na głównej ulicy Kreszczatiku. Majątek Łuczyn został rozgrabiony i zniszczony doszczętnie.

Tymczasem Bohdan mając 18 lat zaangażował się w walkę partyzancką. Pod dowództwem płk. Sobockiego bronił przed bolszewikami mordowanej ludności polskiej.Niejednokrotnie matka Bohdana wraz z córka Emilią szukały syna pośród zabitych, leżących pokotem w kijowskim kościele.

Bohdan odnalazł się w obozie, gdzie byli więzieni Polacy i białogwardziści. „Opiekę” nad nimi sprawowali bolszewicy. W oczekiwaniu na śmierć Bohdan natknął się na żyda, komendanta obozu, z którym chodził do szkoły. Kiedyś w przeszłości, gdy inni uczniowie mu dokuczali, Bohdan wystąpił w jego obronie. Podkreślał , że to nie honor, by cała klasa dokuczała jednemu. Żyd zaskoczony rozpoznał w więźniu szkolnego kolegę. Zwolnił Bohdana z obozu, ratując mu życie.

Do Polski przedostał się po przepłynięciu Morza Czarnego do rumuńskiego portu Konstanca. Wkrótce dostał się do polskiego korpusu gen. Żeligowskiego. W latach 1919-20 walczył jako dowódca szwadronu tatarskiej jazdy, która działała na tyłach wroga. Koniec wojny zastał go w Grodnie, gdzie służył w XIII pułku Ułanów Wileńskich.

Poznaniankę Janinę Piotrowską poznał, kiedy przyjechała do swojej siostry Miry Czarnockiej, żony mjr Mariana Czarnockiego. Wzieli ślub w kościele bernardyńskim w Grodnie. Szli szpalerem stworzonym przez ułanów trzymających uniesione szable.

Wyjechali następnie do Białokrynicy. Bohdan był oficerem XII pułk Ułanów Podolskich. Dowódcą jego brygady był gen. Anders. Bohdan brawurowo jeździł konno. Był też bardzo dobrym woltyżerem. Jego „cyrkowe” sztuczki zapierały dech w piersiach widzów. Wygrywał wszystkie wyścigi. Nosił miano Dzokeja Gentelmena. Generał Anders powierzył mu swoje konie. Trenował konie ze swojej stajni / Derkacz, Lipka, Ognista/ oraz konie ze stajni gen. Andersa.

W Białokrynicy urodził mu się syn Jerzy Janusz Miklewski. Poród odbył się w szpitalu w Równym Wołyńskim.

Tymczasem matka Henryka Miklewska wraz z jego siostrą Emilia Miklewską przeniosły się z Warszawy do Krzemieńca. Ukształtowanie terenu, jary, pagórki przypominały im miejsce ich szczęśliwego dzieciństwa.

Generał Anders odkomenderował Bohdana wraz z rodziną do Poznania, na „Ławicę”, gdzie powierzono mu jeszcze konie hrabiego Mielżyńskiego.Wojna rujnuje całe sielankowe ich życie. Obydwie stajnie zostały zarekwirowanwe przez Niemców. Rodzinę wysiedlono z Poznania do Częstochowy. Na spakowanie dostali 20 minut. Stracili cały majątek.

W Częstochowie nie mieli gdzie mieszkać. Schronienia udzielił im biskup Teodor Kubina w suterynie Kurii Biskupiej przy Alei Najświętszej Maryi Panny .

Zaczął się okres konspiracji. Powstawały podziemne organizacje do walki z okupantem.

Bohdan został dowódcą Garnizonu NSZ w Częstochowie. Przyjął pseudonim„ Kmicic”.Dowodził też zorganizowanym przez siebie oddziałem konnym walczącym w lasach kieleckich. Syn Bohdana Jerzy Janusz Miklewski poszedł w ślady ojca. We wrześniu 1941 roku wstąpił do NOW /Narodowej Organizacj Wojskowej/ . Początkowo zajmował się kolportażem podziemnej prasy Wielka Polska” i Walka”.W 1942 roku Janusz Miklewski przeszedł w szeregi Narodowych Sił Zbrojnych. Czuł się narodowcem. Podczas składania przysięgi, przyjął pseudonim “Zawisza”. Dowódcą oddziału był Leszek Kołaciński ps. “Żbik”.

Jak przystało na „Kmicica” Bohdan Miklewski był oficerem odważnym. Był inicjatorem wielu brawurowych akcji partyzanckich. Mował wolność. Dla ojczyzny był gotów oddać życie. I tak też się stało. Różne były informacje świadków na temat jego ostatniej akcji. Jadąc rowerami z dwoma kolegami z AK, ulicą Przechodnią koło Zapałczarni zobaczyli, że pod plandeką furmanki Niemcy wiozą nowiutkie buty wojskowe. To dla partyzantów cenny łup. Zatrzymali furmankę. Bohdan rozbroił Niemca. Ten wyrwał mu broń i pierwszym strzałem zabił akowca, a drugim ugodził Bohdana w okolicę serca. Bohdan wsiadł jeszcze na rower próbując uciekać. Niestety upadł na ziemię. Wyjął z kieszeni osobisty opatrunek, próbując zatamować krwawienie. Wtem nadszedł polski policjant w służbie niemieckiej i zaczął pastwić się na nim.

Rannego Bohdana przewieziono do szpitala Św. Barbary. Pracował tam znajomy lekarz, dr. Achmatowicz. Niestety, pomimo pomocy zmarł.

Niemcy natychmiast pojechali do kurii. Chcieli rozstrzelać syna i wdowę po rtmistrzu. Kierowca biskupa Kubiny czekał po kurią, kiedy nadejdzie Janina. Wziął ja pod rękę i poprowadził do siedziby sióstr Nazaranek jako uciekinierkę z Powstania Warszawskiego. W kurii w tym czasie już była rewizja.

Bohdana Miklewskiego pochowano w zbiorowej mogile, za murami cmentarza. Dzięki doktorowi Achmatowiczowi wiadomo było w którym miejscu. Po wojnie, w ścisłej konspiracji, w nocy, udało się przenieść zwłoki Bohdana na cmentarz Św. Rocha, gdzie spoczywa do dzisiaj.

Po śmierci Bohdana, żona Janina nie mogła wrócić do kurii. Bezpieczne miejsce znalazła u sióstr Nazaretanek.

O śmierci ojca, syn Janusz dowiedział się w lesie, u „Żbika”. Matka Janina Miklewska napisała list. Janusz czytał i mdlał, bo ojca bardzo kochał. Koledzy klękali, zmówili wieczne odpoczywanie.Wszyscy płakali. To był świetny dowódca, o wielkim autorytecie.

Zasługi Bohdana Miklewskiego dla niepodległej Polski zostały uhonorowanie decyzją Rady Miasta Częstochowy z dnia 27.11. 2016 przyznającą rondu zlokalizowanemu przy ulicach gminnych Narcyzowa, Sojczyńskiego-Warszyca, św. Brata Alberta i ulicy powiatowej Pileckiego nazwę

RONDO RTM.BOHDANA MIKLEWSKIEGO

Opracowane na podstawie rodzinnych przekazów. 

 

Fotografia pasją mojego życia

5 rano przyszła wiadomość z messengera. Ineczko , gratuluję Twój wywiad robi furorę na każdym portalu. Serduszko mi zadrżało. Myślę poszedł.  Zajrzałam na portal. Lidzia oprawiła wywiad  w piękne moje zdjęcia.  Sami oceńcie. Zapraszam do lektury.  https://www.facebook.com/inka.wieczenska/posts/1354988301224829?notif_t=feedback_reaction_generic&notif_id=1487706168328744DSC_2072p DSC_2121 DSC_2089a (2)

Bieszczadzki promyk nadziei w podziemiach kamedulskich

W samo południe do czarownych podziemi kamedulskich dużą falą spływali zaproszeni goście wernisażu fotograficznego „I to są właśnie moje Bieszczady”. Docierali ludzie wrażliwi, spragnieni tej magicznej krainy naszej Polski. Przyjazne uściski, gorące pocałunki i emocje sięgające zenitu przełamały lody zimnych murów zabytkowego pomieszczenia. Kiedy zabrzmiały pierwsze akordy utworu „ Lemkowyna”w wykonaniu zespołu ‘Latający dywan” już można było wróżyć powodzenie spotkania. Oliwy do ognia dołożyli warszawscy poeci silnie związani z Bieszczadami: recytując swoje bieszczadzkie poezje. Tomasz A. Żak założyciel niezależnego Teatru Nie Teraz , aktor i reżyser spinał wszystko fachowo w całość, prowadząc spotkanie punkt, po punkcie. Zgromadzeni oprócz wystawionej fotografii krajobrazowej mogli poznać prawdziwych bieszczadników prezentowanych w diaporamie „Moje Bieszczady”.
Losowanianiem Obrazu „Spojrzenie z Wołosatego” odbitej na płótnie w rozmiarach 60 x 80 ufundowanej przez Art. Bosz, zakończył się wernisaż przechodząc do historii jako sukces, który wspólnie stworzyliśmy.
I chyba  to wszystko zasługa  ks. Wojciecha Drozdowicza, który to z wiernymi wymodlił. Dziękujemy.

DSC_6844 przygotowanie do wernisażu DSC_6847 przygotowanie do wernisażu DSC_6849 Wernisaż kamedulskie DSC_6854 podziemia wernisaż DSC_6857 podziemiaq wernisaż DSC_6859 Wernisaż podziemiaDziękuję również Oli Fantolini i Jej mężowi wraz z dziećmi, dzięki którym ta wystawa powstała i zawisła.

Dziękuję ukochanemu mojemu zespołowi Latający Dywan wraz jego z liderem Jarkiem Tomaszewskiem na czele, który już po raz 3 PO KOLEŻEŃSKU oprawił wernisaż pod względem muzycznym na bardzo wysokim poziomie artystycznym . Dziękuję za Wasze serce , zaangażowanie, cierpliwość, delikatność i wrażliwość. Po prostu klasa.

 

Dziękuję naszym zdolnym wierszokletom Jurkowi Nowakowskiemu Baryle i Wiesiowi Drzewieckiemu, który pomimo choroby stawili się do bieszczadkiego „apelu”

Dziękuję również zmarzniętym i wytrwałym gościom, którym pomimo zimna uczestniczyli wraz z dziećmi w wydarzeniu z rozpromienionymi twarzami.

Dziękuję bieszczadzkiej paczce stale biesiadującej w Bieszczadach z Pawełkiem Zajączkowskim na czele.

Dziękuję zaprzyjaźnionym artystom, że kolejnym razem wspierają mnie w artystycznych poczynaniach./Danie Błażejczyk, Dorotce Stalińskiej, Madzi Wołłejko. Ewuni Kani, Patrycji Modlińskiej oraz męskiej części gwiazd Januszowi Tylmanowi, Piotrusiowi Michnikowskiemu i Robercikowi Osamie, a także tancerzom Strefy Country. / Idzie Jednorowskiej, Elżbiecie Kubiak, Annie Bokun, Marylce Czarneckiej i Andrzejowi Trochimiukowi.

Dziękuję również za okazane darów sympatii w postaci kwiatów i koszy owoców od warszawskich sadowników. Takich owoców się nie zobaczy w sklepach, tylko w sadach u Anni i Sławka Łuczaków.

Dziękuję za produkt ideologicznie czysty tzw. kamisarzówkę warzoną przez Mariusza Piotra Twardowskiego oraz wszelkie dobra, wasz uśmiech i dobre słowo.

Dziękuje fotografom Monice Morawskiej Joli Dzubińskiej Elżbiecie Kubiak, Pawłowi Zajączkowskiemu, Tomaszowi Zawadzkiemu oraz dziennikarzowi Romualdowi Bokunowi, którego efekt pracy możecie zobaczyć na Yutubie pod nazwą I to są moje Bieszczady. https://www.facebook.com/romuald.bokun?fref=ts

Dziękuję wszystkim partnerom a w szczególnie Art. Bosz Lesko oraz Burmistrzowi Urzędu Dzielnicowemu Bielany za objecie patronatem naszego wydarzenia.

Dziękuję duchom kamedułów, którzy tej wystawy będą strzegli jeszcze miesiąc do 5.03 i gdyby ktoś jeszcze zechciał zerknąć na wystawę, to ks. Wojciech gotów w każdej chwili wrota uchylić . Choć może najwygodniej w niedzielne.http://www.lasbielanski.pl/ Zapraszamy.

Są i kolejne relacje fotograficzne za które bardzo dziękuję gościom.

Pierwsza to kolegi z ZPFP OM Tomasza Zawadzkiego. Rewelacyjna.

https://www.facebook.com/inka.wieczenska/posts/1341128105944182?notif_t=like&notif_id=1486468242410979

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1436445769719331&set=a.243918262305427.66218.100000617644073&type=3&theater

 

Relacja

Wernisaż w Podziemiach Kamedulskich

zaproszenie

Wszystko idzie jak z płatka.  No, no tylko, aby nie zapeszyć. Pojawiła się tajemnicza kobieta, Ola Fantolini. I wszystko ruszyło z kopyta. Zatrzęsła w urzędach i są kolejni partnerzy przedsięwzięcia. Mała zmiana w plakacie i już wiszą na słupach Warszawy.  To skarb mieć takiego asystenta. Sobota zapowiadała  się trudnym i pracowitym dniem, ale nie z Olą. Jest prawdziwa i fachowa pomoc.Wieszanie wystawy, prace scenograficzne estrady oraz próby diaporam wraz próbami zespołu Latający dywan stają się przyjemnością.  A żeby tego wszystkiego było mało nasz partner Art. Bosz  dołożył jeden obraz 60 x 80 do rozlosowania wśród publiczności.   Tylko mała czarna, dobre ciacho i żyć nie umierać. Oj będzie się działo, musi się udać . Szykujcie się państwo.

16 0dsłona wystawy „I to są właśnie moje Bieszczady”

Tak, to już 16 odsłona wystawy” I to są właśnie moje Bieszczady”. Tym razem w cudownym miejscu. W podziemiach kamedulskich u ks. Wojciecha Drozdowicza w Warszawie w Lasku Bielańskim. Spadła jak gdyby z nieba, podobnie jak pozostałe. Chyba czuwa nade mną opatrzność. Wracając z  festiwalu „Wizje Natury” w Izabelinie w roku 2015 zatrzymała mnie kobieta z dzieckiem pytając, czy mogłabym ją podwieźć do Warszawy?. Niewiasta również wracała z festiwalu,  zachwycona pokazami. Po krótkiej rozmowie zaprosiłam panią Olgę na mający się wkrótce odbyć mój wernisaż do „Galerii Freta”

zaproszenie RGB w Warszawie. Pożegnałyśmy się i kobieta zniknęła. Po kilku tygodniach dostałam informacje na messengerze, że jest zachwycona moimi zdjęciami i wszystko zrobi, abym mogła się wystawić u Jej ukochanego ks. Wojciecha Drozdowicza.  Po kilku miesiącach , kontakt ucichł. O wystawie zapomniałam. Kiedy jednak przyjechałam na kolejne „Wizje Natury” w roku 2016, spotkałam  panią Olgą. Tym razem sprawa zaszła nieco dalej. Tajemnicza kobieta zawiozła mnie do kamedułów. Stromymi, wąskimi  schodami zeszłyśmy do mrocznych podziemi kościoła. Białe sklepienia, a na nich rusztowanie z metalowych belek, mających na celu zabezpieczenie zabytkowego obiektu.  Niesamowity klimat. W nozdrza wdzierał się zapach parzonej kawy i świeżutkiego jabłecznika. Na środku estrada, a w  nawach biesiadujące rodziny z dziećmi. Ks. jednym skinieniem głowy oznajmił przychylność bieszczadzkiej wystawie i zniknął rozrywany przez kolejnych 300 interesantów. Tajemnicza kobieta i tym razem zamilkła po kilku tygodniach. Pomyślałam. Nie odpuszczę!!!. Mała determinacja i jest.  Kolejny raz zaproszenie przyjął Jarosław Tomaszewski z zespołem „Latający Dywan”, który oprawi wernisaż pod względem muzycznym . Będzie również Jurek Baryła Nowakowski i Wiesiu Drzewiecki ze swoją poezją. A wydarzenie poprowadzi mój przyjaciel z Tarnowa z „Teatru Nie Teraz”, reżyser Tomasz A. Żak. Czy taki wernisaż może się nie udać????. Pytanie prawie retoryczne. NIEMOŻLIWE!!!!!!!!!!!!!!!!!! Zapraszam.

 

Hardcorowy plener w Pieninach.

Długo czekałam na rozpoczęcie pleneru fotograficznego w Pieninach. Zawsze chciałam pojechać i wspiąć na szczyt gór, zaglądając głęboko Tatrom w „oczy”. Przyszedł oczekiwany moment.  Temperatury wskazywały -29 stopni na dole. Małe zaniepokojenie, ale determinacja tak duża, że nie pozwoliła trzeźwo myśleć o jakimkolwiek  zagrożeniu.  Ubrani na cebulkę o 3 w nocy  ruszyliśmy  górą Wdżar w Kluszkowcach w kierunku najwyższego szczytu pasma Lubania w południowo- wschodniej części Gorców. Szliśmy 2, 5 godziny pasmami leśnego szlaku nie będąc świadomi tak drastycznego obniżenia temperatury. Im wyżej wspinaliśmy się, tym  widoki stawały  się jak z bajki. Całkowicie bialutkie drzewa a w nich lodowa wieżyczka „szczęścia”. Jeszcze tylko troszeczkę wysiłku i są ukochane Taterki. Widoczność rewelacyjna na cztery strony świata. Warunki fotograficzne wymarzone, ale niestety nie przełożyło się to na zrobienie dobrych zdjęć.Wiatr hulał nieubłagalnie. Zimno przedostawało się przez najgrubsze odzienia. Temperatura odczuwalna  sięgnęła -40 st. C.  Statyw blokował się przy rozłożeniu. Przyciski nie chodziły, a ręce grabiały coraz bardziej. Z trudem udało się go rozłożyć.  Nieustanny tupot stóp moich współtowarzyszy niedoli nie pozwolił na ostre zdjęcia.   Marzeniem moim było jak najszybciej zejść. W palceTatry z szczytu Lubaniadsc_4734-tatry dsc_4795-luban dsc_4948-tarty-z-slowackiej-tokarni dsc_4797 dsc_4952-b rąk i nóg wbijały się lodowate szpile i kończyny odmawiały posłuszeństwa.  Widoków jednak nikt mi nie potrafi odebrać. To co ujrzałam pozostanie do końca w mej pamięci. Wdzięcznie stojące biało niebieskie „panny” w lodowej glazurze a w oddali grzebienie, groźnych ośnieżonych gór, podświetlone laserami wschodzącego słońca.

 

Miła niespodzianka

Kalendarz mój został zauważony. To miła niespodzianka, tym bardziej, że nie tak gładko było z jego realizacją czyli nigdy nie należy się poddawać, ale też nie robić za wszelką cenędsc_4196. http://www.inkawieczenska.pl/aktualnosci/kalendarz-bieszczady-2017/

Kalendarz Bieszczady 2017

Po długich przygotowaniach wreszcie ukazał się Kalendarz fotografii artystycznej mojego autorstwa. Jest to bardzo miła wiadomość. Każdy z nas zapewne chciałby w trwały sposób utrwalać to co tak bardzo ukochał. W moim przypadku są to Bieszczady. 13 zdjęć głownie krajobrazowych, w tym 7 nagrodzonych na fotograficznych konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych. Zainteresowanych fotografią przyrodniczą zapraszam na stronę do wydawcy  http://www.boszart.pl/pl/kalendarze/782-kalendarz-bieszczady-2017-inka-wieczenska.html lub na stoiska Bosza. Nowiutki i bieszczadzki a  na dodatek w promocji  23. 99 PL Kalendarz Bieszczady 2017.  Cerkiew Hoszowska w kałuży jest stroną tytułową kalendarza. 0-tytuowa-wiosenna-kaluza-wyroznienie-w-miedzynarodowym-konk-nasze-karpaty 2-luty-jastrzab-ze-zdobycza 3-marzec-iii-miejsce-lesne-fotografie-2013_slonce-w-okowach 4-kwiecien-bieszczadzkie-buki-ii-miejsce-krajobraz-zpfp-orp 5-maj-zachod-na-haliczu-2 6-czerwiec-wypal-wegla-drzewnego-w-mucznym 7-lipiec-lan-i-miejsce-w-kta-eksperyment-kr-2014 8-sierpien-sen-czy-jawa-wyroznienie-national-geograhic-po-stronie-natury-2016 9-wrzesien-latarnie-wyroznienie-lesne-fotografie-2013 10-pazdziernik-halicz 11-listopad-halicz 12-grudzien-ukrainskie-kurchany-widziane-z-rawek-2-wyroznienia-na-ogolnopolskich-konkursach-foto

Jesienny przepęd koni w Stadninie „Tabun”

dsc_2327-ogier-saracen-pod-stanislawem-myslinskim dsc_2337przeped-koni-w-stadninie-tabor-z-polany dsc_2340-przeped-koni-w-stadninie-tabor-z-polany dsc_2359-przeped-koni-stadnina-tabun-z-polany dsc_2371-winowajca-calego-zamieszania-stanislaw-myslinski dsc_2384-dzielna-13-letnia-julia-musialowska-z-mama-ewa dsc_2426-ogier-saracen-pod-stanislawem-myslinskim-prowadzi-stado dsc_2457-najmlodsza-uczestniczka-przepedu-julia-z-mama dsc_2482-najmlodszy-zrebaczek-2-dniowy-z-mama dsc_2491przeped-koni-stadnina-tabun dsc_2494 dsc_2499-przeped-koni-stadnina-tabun ogier-saracen-pod-stanialawem-myslinskim prowadzi-dstojny-obier-saracen-dosiadany-przez-stanislawa-myslinskiego przeped-koni-przez-potok-czrny przeped-koni-stadnina-tabun11 jeźdźców z Polski pod czujnym okiem Stanisława Myślińskiego dosiadającego dostojnego ogiera Saracena, uczestniczyło w jesiennym przepędzie koni huculskich. Przepędy to już zanikający obraz polskiego jeździectwa z uwagi na stacjonarny charakter większości stadnin. Takie piękne wydarzenia mają jeszcze miejsce w Bieszczadach. Kultywuje je rodzina Hanny i Stanisława Myślińskich w Stadninie Konia Huculskiego „Tabun” w Polanie. Przepędy koni odbywają się 2 razy do roku; wiosną i jesienią. Pędzono kilka stad dorosłych i młodych koni,/ najmłodszy źrebaczek miał zaledwie dwa dni/ , a także wałachy i klacze. Zwierzęta wracały z letnich pastwisk do zimowych stanowisk, gdzie zgromadzono zapasy kiszonki i paszy. Trasa wiodła malowniczymi grzbietami wzgórz wokół Polany, Moklika, Krywego i Czarnej. Najatrakcyjniejsze okazały się wąwozy i potoki. Jeźdźcy dosiadali konie na oklep. Przepęd w Bieszczadach jest nie lada gratką nawet dla wprawionych koniarzy ze względu na duże przewyższenia terenu. Dowody uznania należą się dla najmłodszej amazonki, 13- letniej Julii Musiałowskiej z Ustrzyk Górnych. Dzielnie przejechała całą trasę bez upadku w przeciwieństwie do swoich koleżanek i kolegów ze stolicy, spadających z koni jak przysłowiowe „gruszki”.

Jeźdźcy po trzech dniach wielkich zmagań, z pełnym bagażem wrażeń szczęśliwie zakończyli jesienny przepęd koni huculskich w Bieszczadach. Dumni ze swoich dokonań, umawiali się już na wiosenny rajd.